Edyta Bach

Wrocławianka w Warszawie, czasami w Tel Awiwie. Miała zostać aktorką, ale życie zadecydowało inaczej. Z pasją zajęła się szeroko pojętą komunikacją. Działa na pograniczu sztuki, kultury i biznesu. Od ponad 20 lat promuje kulturę. Właścicielka agencji PR iPublicity, fundatorka i prezeska Warsaw-Tel Aviv Foundation.

B yłam wychowana przez samotnego żydowskiego tatę i długo nie miałam pojęcia o swoim pochodzeniu. Życie małej dziewczynki ze starszym ojcem po przejściach holocaustowych nie było pewnie zwyczajne, choć mnie wydawało się cudowne. Kiedy poszłam do szkoły, dowiedziałam się, że dzieci spotykają się jeszcze wieczorami – na lekcjach religii w kościele. Uznałam, że tato zapomniał mnie zapisać, więc czym prędzej się o to upomniałam. I właśnie wtedy, mając 7 lat, dowiedziałam się o swoim żydowskim pochodzeniu.

Zaczęłam powoli wchodzić w świat innego alfabetu, innego języka. W skrzynce na listy znajdowałam kartki na święta pisane po hebrajsku, na Nowy Rok jesienią. W domu mieliśmy kartony z macą i mąką macową przysyłaną z Izraela. Odwiedzali nas koledzy taty, z którymi rozmawiał w jidysz (żebym nie rozumiała), a oprócz płachty „Polityki” i tygodnika „Prawo i życie”, przed tatą leżała często gazeta Folks Sztyme. Nasze życie osadzone było jednak w Polsce i doskonale przeplatały się w nim motywy polskie i żydowskie. Dzięki temu miałam poczucie wielkiego wyróżnienia i bogatego życia.

W Wigilię mój tato szykował karpia po żydowsku, w galarecie z ryby i cebuli, którą zanosiliśmy do sąsiadów.

Jom Kipur, najbardziej uroczyste żydowskie święto, tata obchodził bardzo rygorystycznie. Pościł, nie dotykał elektryczności, nie używał samochodu, a w wigilię szedł pięknie ubrany do synagogi – której funkcję pełniła salka modlitewna w kamienicy okalającej zniszczoną wrocławską synagogę przy ul. Włodkowica, na  modlitwę Kol Nidre.

Wigilię Bożego Narodzenia spędzaliśmy za to u naszych katolickich sąsiadów – zawsze bawiłam się z ich córkami, które były w podobnym wieku, jeździłam na wspólne wakacje. Ich mama szyła dla całej naszej trójki takie same sukienki. Byłam z nimi bardzo zaprzyjaźniona, a ich rodzice byli serdecznymi przyjaciółmi naszego domu. W Wigilię mój tato szykował karpia po żydowsku, w galarecie z ryby i cebuli, którą zanosiliśmy do sąsiadów. Jedliśmy wspólną kolację, śpiewaliśmy kolędy, które znałam nie wiadomo skąd, a na koniec przenosiliśmy się do pokoju, w którym w międzyczasie „Aniołek” zostawiał prezenty pod choinką. W moim pokoju stawała również wielka, świeża choinka, pod którą znajdowałam prezenty. Szybko zaczęłam też zostawiać pod nią swoje podarki dla ojca – legenda o aniołku nie przetrwała długo. Dzisiaj dla moich przyjaciół organizuję żydowski Nowy Rok i Chanukę, ale też Wigilię Bożego Narodzenia.

Fascynacja obiema bogatymi i fantastycznymi kulturami, chęć ich wzajemnego promowania, pragnienie ciągłego zbliżania moich dwu krajów, projekty polsko-izraelskie, wszystko to stało się zaczątkiem Warsaw-Tel Aviv Foundation (…).

Tato całe swoje życie próbował „sprzedać” mnie rodzinie za granicą – zarówno ze względu na swój wiek (został ojcem mając 56 lat), jak i na antysemickie doświadczenia w Polsce. Kiedy miałam dwa lata, po raz pierwszy znalazłam się w Izraelu. Nie mogę tego pamiętać, jednak kilkadziesiąt lat później, kiedy wylądowałam na lotnisku Ben Guriona po raz pierwszy od tego dnia, nie mogłam się oprzeć dojmującemu uczuciu powrotu do domu, do czegoś znajomego, mojego… Tak zostało. Choć ciągle mieszkam w Polsce, zawsze, kiedy tam wracam, czuję się u siebie.

Fascynacja obiema bogatymi i fantastycznymi kulturami, chęć ich wzajemnego promowania, pragnienie ciągłego zbliżania moich dwu krajów, projekty polsko-izraelskie, wszystko to stało się zaczątkiem Warsaw-Tel Aviv Foundation, którą założyłam w 2017 roku wraz z gronem osób zaangażowanych w życie polsko-izraelskie w Polsce. Aktualnie pracujemy nad dużym projektem, którego celem będzie dialog pomiędzy obiema kulturami.