Karina Sokołowska

Karina Sokołowska mieszka w Warszawie i jest działaczką społeczności żydowskiej w Polsce, tłumaczką, dyrektorem polskiego oddziału American Jewish Distribution Committee. Wychowała się w Głogowie na Dolnym Śląsku. Ukończyła japonistykę w Instytucie Orientalistycznym UW, jest też absolwentką Instytutu Lingwistyki Stosowanej UW.

S puścizną żydowską interesowałam się zawsze. W rodzinie to ja jestem tą osobą, która bardzo chce ją aktywnie kultywować, i to robię. Na przykład wyjazdy na Ukrainę do miejscowości, z których pochodzili nasi dziadkowie. To mnie fascynuje i jest mi potrzebne na poziomie emocji oraz poznania. Stało się to też moją misją, choć może lepiej byłoby użyć słowa „odpowiedzialność”. Zależy mi na tym, żeby życie żydowskie w jakiejś formie w Polsce trwało, było widoczne oraz oparte na tym, kim jesteśmy i skąd jesteśmy. Jeżeli nawet jest odtwarzane, to na jakimś zrębie tego, co jest nasze, lokalne, wschodnioeuropejskie. Wychowywałam się w Głogowie na Dolnym Śląsku, szperam w historii mojej rodziny z okolic Lwowa, a mieszkam w Warszawie. Lokalność dla mnie to szerokie pojęcie. Jednocześnie chodzi o to, aby pewnych wzorców nie przenosić, ale opierać się na tym, co już mamy.

W liceum nie byłam jedyną osobą z żydowskimi korzeniami, tak więc nie czułam się osamotniona. Nasze pochodzenie nie wpływało na kontakty z innymi w klasie. To nie była zresztą kwestia tożsamości, ale raczej świadomości pochodzenia żydowskiego. Z całej grupy tylko ja zaangażowałam się w tworzenie życia żydowskiego, a nie tylko bierne odbieranie.

Jest takie słowo w jidysz: „beszert” – „meant to be.

Pod względem kształtowania tożsamości, pokolenie naszych dziadków było znacznie ważniejsze dla mojej generacji od pokolenia rodziców, którzy zazwyczaj nie zaistnieli w środowisku żydowskim ze względu na czasy i okoliczności historyczne. My wracaliśmy i szukaliśmy. To był przełom lat 80. i 90. XX wieku. Kiedyś podczas studiów na japonistyce, lektorka niemieckiego zwróciła uwagę, że gdy wymawiam pewną frazę, brzmi jak w jidysz. Odpowiedziałam, że być może, gdyż pamiętam to z domu. Wkrótce potem kolega z hebraistyki zaprosił mnie do klubu młodzieży żydowskiej. To był rok 1992, a dwa lata później zapisałam się do Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Warszawie. I tak się zaczęła moja działalność w tym środowisku. Jest takie słowo w jidysz: „beszert” – „meant to be”. Może tak się miało stać, a japonistyka była tylko po to.

Z ludźmi, z którymi sama kiedyś jeździłam na kolonie żydowskie, teraz jeżdżę z dziećmi na wyjazdy rodzinne. Widzę już kolejne pokolenie – wychowane przez nas, nasza praca ma zatem sens, jest potrzebna.

To, co robimy w Polsce jest dosyć niestandardowe jak na JOINT, American Jewish Distribution Committee, którego tutejszym oddziałem kieruję. Na świecie to głównie organizacja pomocowa, w Polsce jest inaczej. Przeprowadziliśmy eksperyment dotyczący budowania społeczności. Co ciekawe, dosyć często trafiają do nas ludzie spoza środowiska, chcący poznać swoją przeszłość żydowską, którą odkrywają. Przychodzą do nas, gdyż w swoim kręgu rodzinnym nie są w stanie dowiedzieć się więcej. Zazwyczaj nie są to osoby przypadkowe.

Kolonie żydowskie to jest coś, co JOINT robi w Polsce niemal od zawsze. Kiedyś moja wówczas 7-letnia córka wróciła do domu z takich letnich kolonii i okazało się, że nauczyła się tam błogosławieństw, modlitw żydowskich i śpiewa piosenki po hebrajsku. Wtedy zdałam sobie sprawę, że to działa, że nasza praca przynosi efekty. Tworzymy pewne światy i bierzemy za nie odpowiedzialność. To działa w wymiarze praktycznym. Dzieci coś wynoszą i przynoszą. Pamiętam, że kiedyś Konstanty Gebert powiedział w wywiadzie dla żydowskiej prasy amerykańskiej, że w Polsce jest odwrócony bieg historii, że to rodzice dziedziczą, a dzieci przynoszą tradycję i dziedzictwo kulturowe do domu. Czy to ze szkoły żydowskiej czy z kolonii. I rodzice zaczynają to zgłębiać, gdyż podjęli decyzję, żeby dziecko tam wysłać. W przypadku wspomnianej sytuacji, to skoro tych dzieci wraz z moją córką było na koloniach 120, to może w 100 ze 120 domów coś zaiskrzyło. Widać zatem, że lata pracy przy projektach żydowskich przynoszą realne owoce. Z ludźmi, z którymi sama kiedyś jeździłam na kolonie żydowskie, teraz jeżdżę z dziećmi na wyjazdy rodzinne. Widzę już kolejne pokolenie – wychowane przez nas, nasza praca ma zatem sens, jest potrzebna.

Mam oczywiście świadomość, że moje doświadczenia, mój dom, nie są normą. Mnie udało się stworzyć wokół siebie bardzo żydowskie życie. Kiedyś zdałam sobie sprawę, że w centrum Warszawy mam styczność z nieżydowskim życiem w zasadzie poprzez to, że moje dzieci chodzą do nieżydowskich szkół. Chodzę na zebrania do tych szkół, rozmawiam z ludźmi. Ale większość moich znajomych to są ludzie ze środowiska żydowskiego, większość spraw to są sprawy środowiska żydowskiego, moja praca to jest środowisko żydowskie. Moje życie jest niezwykle nacechowane żydowsko. Natomiast mój mąż nie jest Żydem i nie prowadzę tradycyjnego domu żydowskiego. Mam w Warszawie kolegów i koleżanki, którzy są o wiele bardziej tradycyjni niż ja. Zazwyczaj nie zapalam świec w piątek wieczorem w domu. W życiu żydowskim interesuje mnie bardziej aspekt kulturowy, to przynoszę do domu, co widać w różnych sferach życia. To mnie bardziej interesuje, niż aspekt religijny. Zatem żydowskość nieco inaczej przejawia się u moich dzieci niż w rodzinach, które są bardziej religijne, bardziej homogeniczne – gdzie oboje rodzice są Żydami i kultywują żydowskie praktyki religijne. Na pewno to inaczej kształtuje ich dzieci, niż moje, które są głęboko związane z żydowskością, ale nie mają poczucia, że są jakoś inne – zupełnie nie.

Ja mówię o tym, o czym zazwyczaj się nie mówi, że w Polsce można prowadzić aktywne życie żydowskie, że ono istnieje, że się odradza. Jednak trudno jest się z tym przebić.

Zawsze spotykam się w Ameryce z pytaniem z tezą: „Jak ty możesz tam żyć i robić to, co robisz. To nie jest na pewno miejsce dla Żydów.” Może właśnie z przekory pojawiła się taka wola, że ja mogę i chcę tu żyć i robić to, co robię. To jest ważne nie tylko dla mnie, ale w szerszym kontekście. W Stanach Zjednoczonych i w Polsce często opowiadam historię polsko-żydowską. Jestem w Ameryce postrzegana jako swego rodzaju ciekawostka, gdyż Polska nie kojarzy się w świecie z aktywnym życiem żydowskim, kojarzy się z żydowską śmiercią, a nie życiem. Ja mówię o tym, o czym zazwyczaj się nie mówi, że w Polsce można prowadzić aktywne życie żydowskie, że ono istnieje, że się odradza. Jednak trudno jest się z tym przebić. Dobrym punktem wyjścia jest pokazywanie tego życia, jego kontynuację, gdyż my to życie żydowskie odziedziczyliśmy. Jestem ogromną zwolenniczką spotkań, dialogu – szczególnie młodzieży żydowskiej i polskiej. Im więcej takich spotkań, tym lepiej, bo tym więcej stereotypów jesteśmy w stanie przełamać bądź przynajmniej nie tworzyć nowych. Ja i moi koledzy organizujemy spotkania Żydów polskich z Polakami, jak i z Żydami spoza Polski – żeby mówić o naszym doświadczeniu. Dialog jest ważny. Nasze środowisko jest w jakimś sensie naturalnym pomostem pomiędzy Polakami a światem żydowskim. W takim zakresie, w jakim to możliwe, gdyż jest to bardzo małe środowisko. Pomost materialny to oczywiście kultura, sztuka. Dziedzictwo żydowskie w Polsce jest ogromne i w wielu aspektach jest ono wspólne, jest polsko-żydowskie. Widać to na przykład w kuchni, gdzie coś co jest tradycyjną potrawą żydowską, jest również potrawą kuchni polskiej. To przełamuje wiele barier.

Mam potrzebę trwania tutaj, w Polsce. To jest ważne dla mnie, ważne dla świata. Nie miałam pokusy, żeby wyjechać z Polski do Izraela, Stanów Zjednoczonych. Gdybym miała to zrobić, stałoby się to wiele lat temu, gdyż w zasadzie od zawsze miałam takie możliwości. Mam poczucie, że tutaj jest moje miejsce na Ziemi.